O harcmistrzu Franciszku Dębskim

W lutym 2014 roku odszedł od nas Franek Dębski.

Społecznik z Bożej łaski. Czegoż to się nie imał w czasie swojego owocnego żywota. Na każdej zaś niwie zostawiał zawsze godne wspomnienia, owocne ślady, o czym można dowiedzieć się z dziesiątków wspomnień.

Ja chciałbym zatrzymać się na dorobku Franka - zuchmistrza. Ta sprawa łączyła nas przez dziesięciolecia i była ważną choć nie jedyną platformą naszej przyjaźni i współpracy. A trwała ona przeszło sześćdziesiąt lat!

Obaj przed drugą wojną światową należeliśmy do zuchów, Franek, starszy ode mnie - o trzy lata dłużej. I to, być może, zadecydowało o tym, że w sprzyjających okolicznościach będących dziełem przypadku został moim zuchowym preceptorem. A było to tak.

Początek lat pięćdziesiątych znaczył się w harcerstwie zerwaniem z tradycją i przyjęciem wzorów radzieckich. Miedzy innymi specjalnym zarządzeniem Ministerstwa Oświaty w 1952 r. powołano w Podgrodziu koło Nowego Warpna miasteczko harcerskie mające być czymś w rodzaju "Arteku". słynnego pionierskiego obozu działającego od lat na Krymie. W miasteczku na kilkutygodniowych turnusach mieli przebywać dziecięcy aktywiści organizacji harcerskiej. Poniemiecka wzorcowa wieś rybacka składająca się z kilkudziesięciu standardowych domów jednorodzinnych, w których mogło być zakwaterowanych około 25 uczestników obozu z wychowawcą, stwarzała niezłe warunki wypoczynku dzieci i pracy wychowawczej. Sponsorem przedsięwzięcia była Centrala Spółdzielczości Pracy.

Program odpowiadający ówczesnym założeniom politycznym i wychowawczym miało zapewnić trzyosobowe kierownictwo: dyrektor delegowany przez sponsora i dwóch wicedyrektorów. Jeden delegowany przez Zarząd Główny ZMP, drugi - przez Ministerstwo Oświaty. Dyrektorem był Kazimierz Czajkowski. Wicedyrektorami: Franciszek Dębski i Marek Wardęcki. Spotkaliśmy się tam w 1953 roku, gdy kierowane przez Czajkowskiego Podgrodzie funkcjonowało już rok i gdy z jego inicjatywy Spółdzielcy bogato je wyposażyli w infrastrukturę służącą zabawie. Bo i czego tam nie było: wąskotorowa kolej, lotnisko dla modeli latających, przystań na zalewie z całą flotyllą łodzi żaglowych i wiosłowych, stanica straży ogniowej z samochodem bojowym, mnóstwo różnego rodzaju pracowni i instytucji z założenia obsługiwanych przez dzieci (poczta, posterunek milicji itp). Stworzony przez dyrektora program zakładał, że każda z drużyn (domków) będzie kolejno zajmowała się zabawą w "kogoś" pełniąc jednocześnie służbę na rzecz całego miasteczka, Z pełnionymi funkcjami wiązały się pewne wymagania dotyczące postawy,

Była to czystej wody, choć nieco zmodyfikowana, koncepcja zuchów Aleksandra Kamińskiego. Nic dziwnego, bo Czajkowski, w on czas inspektor szkolny na warszawskim Śródmieściu, był niegdyś znanym instruktorem zuchowym i harcmistrzem. Warto przypomnieć, że działo się to wszystko w czasie gdy wszelakie związki z tradycyjną metodą harcerstwa były na indeksie. Dla Franka, który nie tylko był przed wojną zuchem, ale w niedalekiej przeszłości był drużynowym zuchowym i namiestnikiem zuchowym hufca w Limanowej źródło podgrodzkiego programu było czymś absolutnie oczywistym. Pod jego kierunkiem odbyłem coś w rodzaju skróconego zuchowego kursu i zapoznałem się z kluczowymi tekstami Mistrza. Franciszek był entuzjastą metody i bolał, że ówczesna organizacja ją odrzuciła. Z czasem podjęliśmy na ten temat rozmowy z panem Kazimierzem, zresztą podobnie jak my członkiem partii. Zgodnie zastanawialiśmy się nad bezsensem decyzji kwestionujących metodę, naszym zdaniem, bardzo bliską ideałom wychowawczym socjalizmu. Wychowanie dzieci przez zabawę w oparciu o polskie realia, treści związane z pracą i wartościami istotnymi dla różnych robotniczych zawodów nie miało wszak nic wspólnego ze skautingiem a wiązało się z wartościami lansowanymi jako cel działań wychowawczych. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że w sytuacji ortodoksyjnego odrzucenia wszystkiego z przeszłości na rzecz wzorów radzieckich jakiekolwiek podnoszenie tego tematu w tym momencie nie miało żadnych szans nie tylko na zastosowanie, ale choćby dyskusję.

Pozostaje jednak faktem, że Podgrodzie, o czym nie wspomina się nawet na kartach historii harcerstwa, było wtedy jedyną wyspą, gdzie w jakiejś formie przetrwał model zuchowy stworzony przez Aleksandra Kamińskiego i jego pomocników. Nie tylko metoda była tu godna uwagi i odbiegała od obowiązującej praktyki.

Czymś, co wyróżniało Podgrodzie, była też harcerska atmosfera w "starym stylu". Udało się nam stworzyć sytuację twórczej, życzliwej, koleżeńskiej współpracy kilkudziesięcioosobowego zespołu wychowawców i instruktorów. Wielka to była zasługa Franka, który odpowiedzialny w kierownictwie za pracę z zespołem harcerskich przewodników narzucał sensowne normy, zwyczaje i standardy. Wykazywał miedzy innymi niezwykłą pomysłowość w zagospodarowywaniu przerw między turnusami w sposób służący umacnianiu kolektywnych więzi młodych ludzi stanowiących personel miasteczka Jego ciepły stosunek do innych - chęć rozumienia nawet odmiennych racji, reakcje oparte na spokojnej refleksji, szacunku dla każdego - był mostem do przemiany relacji służbowych w przyjaźń. W moim przypadku przyjaźń tam zapoczątkowana trwała dziesiątki lat. Był to naprawdę świetny facet. Wiedziałem to i podejrzewałem, że on także wie, że ja o tym wiem.

Swoistą próbą naszej przyjaźni były lata1954-56 kiedy los rzucił mnie w nieciekawych okolicznościach do Krakowa. W ZG ZMP nie akceptowano moich poglądów i postulatów wykorzystania niektórych metod tradycyjnego harcerstwa w pracy drużyn i zastępów harcerskich. W dyskusjach na forum Wydziału Harcerskiego ZG ZMP i w praktyce Centralnej Szkoły Przewodników Harcerskich w Turczynku, której przez czas jakiś byłem kierownikiem, podnosiłem walory niektórych metod, mogących wzbogacić opartą na radzieckich wzorcach i generalnie nudną pracę z dziećmi. Niektóre z nich wprowadziłem do programu szkoły w Turczynku. Oceniono to jako schizmę. Stosunkowo łagodną formą represji było wcielenie mnie do wojska. Sposób znany już za "carskich czasów". Miałem niespełna 24 lata i można mnie było jeszcze powołać do odbycia zasadniczej służby wojskowej.
Rozpoczął się bez mała dwuletni okres "wojowania" w koszarach przy ulicy Rajskiej, który rozpocząłem z ogoloną głową rekruta, a zakończyłem jako podporucznik. Jako "politycznie niepewny", o czym nie omieszkano wspomnieć w moich "papierach"- zyskałem sobie od razu sympatię dowództwa jednostki i wzrastającą z czasem swobodę w życiowych ruchach.

Moja sytuacja nie była godna pozazdroszczenia. Zostawiłem w Warszawie żonę z maleńkim dzieckiem i bardzo skąpymi warunkami materialnymi. Gryzłem się zarówno niemocą, jak i upokarzającą mnie sytuacją życiową. W osobach Franka i jego Małżonki - Janeczki znalazłem psychiczny i fizyczny azyl, jakby rodzinę zastępczą, która dzieliła się ze mną i dobrym słowem i chlebem. A zdarzyło się, że i mieszkaniem, kiedy to państwo Dębscy wyjechali na wczasy, a korzystająca z urlopu moja żona zjechała do Krakowa.

Byłem osobliwym żołnierzem. Założyłem w jednostce teatr kabaretowy, sam pisałem dla niego teksty, podjąłem współpracę z dwoma redakcjami wojskowymi, gdzie zarabiałem też trochę, wymyślałem różne imprezy i przedsięwzięcia przynoszące "dobre imię" i sławę mojej jednostce oraz jej dowódcom. Kierowany przeze mnie radiowęzeł organizował życie pododdziałów. W drugim roku służby zostałem wybrany I sekretarzem Organizacji Partyjnej Jednostki. Jako jedyny żołnierz służby zasadniczej (kapral) w całym polskim wojsku. Było to zresztą w kolizji z obowiązującą w wojsku tzw. dyrektywą 01, zakazującą krytyki oficerów.

Co to wszystko ma wspólnego z Frankiem Dębskim? Ma i to wiele. Dębscy załamanego zrazu człowieka motywowali do życia, pobudzali do działania, odbudowywali psychicznie. Franciszek był pierwszym recenzentem moich tekstów, krytykiem pomysłów, doradcą w niejednej pozornie wojskowej sprawie. To on, między innymi, wymyślił, by poprosić dowództwo jednostki o wyróżnianie mnie przewidzianą przez regulaminy nagrodą w postaci zdjęcia żołnierza na tle sztandaru jednostki z listem dziękczynnym do "cywilnego przełożonego" wojaka. Listów takich Ewa Balcerzak, Sekretarz ZG ZMP i decydentka mego losu, otrzymała kilka. Obaj mieliśmy uciechę, bo wyobrażaliśmy sobie jej minę. Sprawiało to frajdę także moim dowódcom wprowadzonym w moją osobistą sytuację.

W czasie służby wojskowej rozpocząłem pracę nad książką o harcerskich grach terenowych. Miało to być coś w rodzaju "słodkiej zemsty". Sytuacja wokół organizacji zaczęła się zmieniać. Pojawiły się pierwsze publiczne opinie na temat spożytkowania tradycyjnych doświadczeń. Wydawnictwo "Iskry" z poduszczenia Jerzego Majki, który często odwiedzał mnie i Dębskich w Krakowie podpisało ze mną umowę na tego rodzaju książkę. Franciszek wspierał mnie uczestnicząc w tworzeniu jej koncepcji i pomagał w zdobyciu różnych niedostępnych dla mnie a niezbędnych materiałów.

Przy okazji pobytów Majki w Krakowie spiskowaliśmy w trójkę także na tematy zuchowe. Jerzy był coraz to ważniejszą postacią w Wydziale Harcerskim i zbierał siły oraz argumenty dla rozpoczęcia walki o spożytkowanie w harcerstwie doświadczenia zuchowego, Wkrótce nadarzyła się ku temu okazja.

Na przełomie maja i czerwca 1956 Zarząd Główny ZMP zorganizował wielką konferencję poświęconą pracy harcerstwa. Na konferencję zaproszono poza ludźmi z aparatu wielu byłych instruktorów harcerskich, w tym autorów krytycznych artykułów publikowanych wówczas w prasie. Na konferencję, o dziwo, zaproszono także Franka i mnie. Stał za tym pewno pomysł Majki, by stworzyć na konferencji jakieś zuchowe lobby. Tak też się stało. Gardłowaliśmy z Frankiem ile się dało. Franek walczył między innymi, jak pamiętam, o powrót do pełnej treści nazwy "zuch" przeciwko czemu występowano na konferencji z uwagi na "kamykowe" autorstwo. Problem zuchowy nie był oczywiście głównym tematem obrad. Niemniej udało się nam uzyskać tyle, że w dokumencie końcowym zawierającym postulaty narady dotyczące zmian w harcerstwie "zetempowskim" znalazł się postulat tworzenia zastępów zuchów pracujących według odrębnej dostosowanej do wieku metody pod wodzą specjalnie szkolonych przewodników.

Dokument znalazł akceptację w poświęconym harcerstwu III Plenum ZG ZMP. Powołano osobną organizację z Komendą Główną. Zastępcą Komendanta Głównego do spraw zuchowych mianowano Jerzego Majkę, który z prawdziwym rozmachem podjął pracę na rzecz odtworzenia zuchów słusznie sięgając do starych zuchowych instruktorów. Szła ona w dwu kierunkach: zbudowania struktur terenowych oraz stworzenia odpowiadającej ohackim realiom metodyki, pierwszych materiałów, instrukcji, służących pomocą przewodnikom w organizacji zuchowych zastępów. Jerzy tworzył więc i powoływał do Warszawy doraźne zespoły do różnych zadań. Tak na przykład powstał pierwszy z późniejszej całej serii poradnik "w zastępie zuchów". Jednym z jego współautorów był Franek, jak zawsze i później zawsze dyspozycyjny, gdy chodziło o zuchy. A warto wspomnieć, że jednocześnie tworzył zuchy na terenie województwa krakowskiego.

Ważnym etapem zuchowych poczynań była zorganizowana przez wydział zuchowy OHPL październikowa konferencja instruktorów zuchowych skupiająca kilkudziesięciu organizatorów zuchów z całego kraju. Uczestniczyli w niej wszyscy późniejsi wodzowie tej roboty. Brał w niej udział też Franciszek. Także i mnie załatwił urlop na ten cel z wojska Jerzy Majka lub ktoś inny z ZG. Jechaliśmy na tę konferencję razem wykorzystując podróż dla wymieniania się poglądami i pomysłami. Między innymi w dyskusji pojawił się problem znaczka dla zuchów. Było dla nas oczywiste, że nie powinny one nosić na mundurze "czuwajki" zastępującej w okresie ZMP-owskim krzyż harcerski. Z powodów nie tylko politycznych nie odpowiadał nam wilczek, znaczek młodszej gałęzi skautingu. Franek sugerował wykorzystanie łebka naszego ptaka państwowego. Dumny ptak mógł znakomicie być nośnikiem wartości, do których przywiązywaliśmy wagę. Brakowało jednak elementu ciepła, dobroci, humanizmu. Kolejnym świetnym pomysłem frankowym było skojarzenie orzełka ze słoneczkiem, znakiem przedwojennych zuchów-dziewcząt. Ten pomysł zgłosił Franek następnie na konferencji i został on przyjęty z aprobatą. Autorstwo Franka jest nie do zakwestionowania i powinny je odnotować podręczniki harcerskiej historii.

Konferencja przesądziła najważniejsze problemy odradzającego się ruchu. Oczywiście lokowano je w realiach i strukturach stworzonych przez ZMP. Niemniej podstawowe koncepcje mogły być i były realizowane po Zjeździe Łódzkim, którego w październiku nie mogliśmy przewidzieć. A dotyczyło to ogólnego kształtu metodycznego, metodyki zuchowej zbiórki, indeksu zuchowych sprawności i kształtu pierwszych kilkunastu sprawności jako osnowy zuchowych zabaw.

Kiedy czternastego października wieczorem zameldowałem się w jednostce spotkałem się z czymś w rodzaju trzęsienia ziemi. Mimo późnej pory przyjął mnie dowódca ppłk Sokołowski. Okazało się, że w międzyczasie, w związku z powołaniem mnie w skład Komendy Głównej OHPL dowódca Okręgu wydał rozkaz o przeniesieniu mnie do rezerwy z dniem 15 października. Byłem wściekły. Zostałem "karnie" wcielony do wojska na dwa lata by dokładnie miesiąc przed zakończeniem służby ten sam ZG ZMP wystąpił o zwolnienie mnie z wojska, bo stałem się nagle potrzebny! Na dobitek wszystkiego miałem następnego dnia stanąć przed powołaną ad hoc komisją, by zdać egzamin oficerski. Obłożyłem się wszystkimi możliwymi regulaminami i podręcznikami i spędziłem nad nimi całą noc. Bez sensu, bo na egzaminie nie zadano mi żadnego pytania. Egzaminatorzy stwierdzili, że współpracując ze mną od lat znakomicie znają poziom mej wiedzy. Ze wszystkich przedmiotów wystawiono mi oceny bardzo dobre. W błyskawicznym tempie pobrałem wszystkie dokumenty, a wojskowi krawcy odświeżyli moje złożone do depozytu cywilne ciuchy. Odwiedziłem sklepik na rogu i jako podporucznik "in spe" z butelką wina pobiegłem do Franków na pożegnalny wieczór.

Miała to być okazja do podziękowań za ciepło i wszystko dobre, co mnie ze strony Janki i Franka spotkało. Ale nic z tych rzeczy! Franciszek potraktował to jako ostatnią okazję podjęcia istotnych dla odradzającego się harcerstwa tematów i wyrażenia nadziei, że ja jako świeżo upieczony aparatczyk harcerski podejmę spawy, które uważał za najważniejsze. Była to rozmowa piekielnie rzeczowa. Jak zawsze mój przyjaciel rzeczowość przedkładał nad bardziej codzienne imponderabilia.

Już wkrótce spotykaliśmy się z Frankiem na ulicy Smolnej w Warszawie, gdzie mieściła się Komenda Główna OHPL i gdzie niestrudzony Jerzy Majka organizował coraz to nowe ekipy do rozwiązywania zadań związanych z rozwojem zuchów. Trzeba powiedzieć, że w odróżnieniu od całego harcerstwa uwikłanego w polityczne spory związane z rekonstrukcją organizacji sytuacja w zuchach była diametralnie różna. Starania o pozyskanie wszystkich byłych instruktorów zuchowych niezależnie od orientacji politycznej i "skaptowanie" spośród ohackiego aktywu nowych entuzjastów dawały bardzo dobre rezultaty. Powstawały pierwsze drużyny i zalążki zespołów w województwach i powiatach. Odbywały się pierwsze kursy instruktorskie. Na tej właśnie niwie Franek w tym pierwszym okresie i po Zjeździe Łódzkim szczególne oddał usługi rodzącemu się ruchowi. Pasjonował się zwłaszcza sprawą szkolenia instruktorów i był współautorem pierwszych modeli tego kształcenia. Umiał twórczo wykorzystać zdobywane informacje o działaniach niegdysiejszych szkół organizacyjnych i dostosowywać ich doświadczenia do realiów trudnych początków. Był współautorem pierwszych programów kursów i prób.

Wśród delegatów na Zjazd znalazło się kilkunastu zuchowych instruktorów. Wśród nich kilku krakowskich zuchmistrzy z Frankiem Dębskim i Leonem Dmytrowskim. Grupka ta przyjęła zasadę dbania o niezbędne sformułowania akceptujące dotychczasowy dorobek prac nad zuchami i prezentowania, w odróżnieniu od sytuacji tego podzielonego politycznie gremium - jedności poglądów na przyszłość. Demonstrowaliśmy więc głównie nasz sukces: spory mamy za sobą - bierzcie z nas przykład!

W wyborach do Naczelnej Rady Harcerskiej przepadli jednak wszyscy zuchmistrze, łącznie z Jerzym Majką. Jako jedyny uzyskałem bardzo dobry wynik. Było to najprawdopodobniej pochodną ukazania się w pierwszym dniu obrad mojej książki "Harcerskie Gry Terenowe". Książka lansująca niektóre elementy tradycji harcerskiej była przystosowana do realiów jeszcze zetempowskiego harcerstwa i w momencie ukazania się była już przestarzała. Kto by jednak się nad tym zastanawiał! Jako jedyny zuchmistrz w Radzie zostałem wybrany w skład Głównej Kwatery i powołany na stanowisko kierownika Wydziału Zuchów.

Było wręcz oczywiste, że postanowiłem się opierać na ludziach, z którymi dzieliłem początki tej pracy. Wśród nich na Franku. Nie zawiodłem się. Na Niego zawsze można było liczyć. Zadziwiające było Jego poczucie odpowiedzialności. O zadanie, którego się podjął można było być spokojnym. Co więcej potrafił z własnej inicjatywy znaleźć się zawsze tam, gdzie potrzebna była pomoc i użyteczne Jego kompetencje. Właściwie nie było żadnego większego przedsięwzięcia zuchowego bez znaczącego udziału Franka Dębskiego.

Kiedy udało się nam uruchomić pierwsze turnusy Szkoły Instruktorów Zuchowych w Cieplicach Franek należał do kadry pierwszych kursów podharcmistrzowskich. Brał też udział w obu pierwszych wielkich akcjach szkoleniowych w Kotlinie Jeleniogórskiej. Ponieważ dysponowaliśmy zbyt małą ilością doświadczonych instruktorów byliśmy zmuszeni stworzyć grupę wybitnych specjalistów przeprowadzających zajęcia w kolejnych obozach, których było kilkanaście. Franek stał na czele owej grupy "wędrownych nauczycieli skautingu" (bo tak żeśmy ich nazywali).

Nie sposób sobie wyobrazić kolejnych Zlotów Zuchowych Kręgów Pracy ani ogólnopolskich narad namiestników związanych z kolejnymi etapami zuchowej ofensywy bez udziału harcmistrza Dębskiego, jego pomysłów i mądrych wypowiedzi. Był człowiekiem o znakomitym kontakcie z innymi i cieszył się nie tylko szacunkiem, ale powszechną sympatią. Był rzeczowy, miał własne zdanie, ale potrafił też słuchać innych i oddawać partnerom dyskusji rację, gdy go przekonali. Pozyskiwał ludzi serdecznością i uśmiechem. Człowiek wyposażony w rzadkie przymioty utalentowanego wychowawcy, Zuchom i idei ruchu zuchowego, pojmowanego jako ruch instruktorski, pozostał wierny przez całe życie. Wysoko cenił sobie jego pomoc Adam Kiewicz, gdy przyszło mu reaktywować po latach Centralną Szkołę Instruktorów Zuchowych w Oleśnicy.

Ilekroć trafiałem do Krakowa i spotykałem się z Franciszkiem rozmowa zawsze schodziła na ten wspólny temat. Podobnie, gdy Franciszek zajeżdżał do Warszawy. Prawie zawsze zachodził na Koszykową. Gdy nocował oddawałem mu do dyspozycji własny tapczan, ale zazwyczaj nocy brakowało, by się nagadać. I nie były to wspominki starszych panów, a raczej refleksje nad rzeczywistością i perspektywą. Czasami w związku z naszymi funkcjami w ruchu przyjaciół harcerstwa. Franek był sekretarzem wojewódzkiej Rady Przyjaciół w Krakowie. Ja - sekretarzem Rady Głównej. Często też spotykaliśmy się merytorycznie, choć bywało, że nie osobiście.

Przypominam sobie zorganizowaną już w obecnym tysiącleciu międzynarodową konferencję na temat metody zuchowej Aleksandra Kamińskiego. I ja i Franek mieliśmy tam wygłosić referaty, Franek o historii zuchów, ja o przekształceniach metody w okresie PRL. Franek nie przybył, bo obłożnie zachorował. Ale... przysłał tekst referatu na piśmie. Jak zawsze odpowiedzialny, jak zawsze obowiązkowy. Referat został odczytany i wywołał dyskusję. Brałem w niej udział trochę broniąc tez autora, trochę z nim polemizując. jak zawsze.

Ciężko sobie wyobrazić, że już Franka nie ma. Zuchy i ich entuzjaści ponieśli wielką stratę. Będzie ona mniejsza, jeśli zadbamy, by przetrwała o nim pamięć i swoisty testament w postaci postawy przez Niego prezentowanej.

Co wydaje mi się w niej najistotniejsze. Całym życiem starał się dowodzić, że misją instruktora harcerskiego jest zmienianie świata za pomocą wspaniałego narzędzia, jakim jest harcerstwo. Lubiłem we Franku jego głębokie przekonanie o tym, że warto być zuchem, bo mały człowiek stara się być "coraz lepszy" i może coś z tego w nim na zawsze zostanie. Ceniłem to, że wychowując pokolenia instruktorów zuchowych, wierzył, że w trakcie ich działania, w zabawie, w formowaniu osobowości malców, w codziennej pracy z zespołem kształtują się w nich samych piękne cechy, które może się ostaną i na przyszłość. Przypominam sobie Jego gawędę na instruktorskim kominku w oleśnickiej szkole. Przekonywał w niej adeptów zuchowej sztuki, ile sami zyskują na pracy z malcami. Ile wynoszą z niej pożytecznych umiejętności, nawyków, wiedzy o innych i poglądów - bezcennych w pracy zawodowej, życiu społecznym, w rodzinie.

ie zapominajmy o Franku.

Jest wartością samą w sobie. Nawet z zaświatów służyć może swej organizacji żyjąc w ogniskowych przypowieściach, gawędach na kursach instruktorskich, imionach drużyn i kręgów, jako patron różnych wartościowych przedsięwzięć.